Pójść za ciosem…

Ogromny sukces warszawskiej Legii stał się faktem. Podopieczni trenera Macieja Skorży awansowali do dalszej fazy rozgrywek Ligi Europy, dzięki czemu będziemy mogli się emocjonować ich występami w europejskich pucharach także wiosną. Najważniejsze jednak, aby Legia nie spoczęła na laurach i wyciągnęła wnioski.

Jeśli prześledzimy drogę legionistów do 1/16 finału Ligi Europy, szybko dojdziemy do wniosku, że ten sukces nie jest tylko wynikiem dobrej gry. To efekt wielkiego zaangażowania piłkarzy, ciężkiej pracy, ale także dużej dawki szczęścia. Zwycięstwa z Gaziantepsporem, Spartakiem, Hapoelem oraz Rapidem piłkarze Legii wręcz wydarli rywalom po zaciętych bojach, które na długo zapadną w pamięć polskim kibicom. Wydarli, wywalczyli, wybiegali!

Doświadczenia z tych spotkań to wielki materiał do analizy dla sztabu szkoleniowego i piłkarzy Legii. Mimo świetnych rezultatów, dużo jeszcze można, a nawet należy poprawić. Dzisiaj największą siłą Legii jest zgrany kolektyw i doskonale zachowana równowaga pomiędzy młodymi oraz doświadczonymi zawodnikami. Wchodzący do zespołu zawodnicy mają kogo podpatrywać i to procentuje. Coraz częściej bohaterem zostaje Dusan Kuciak, ale świadczy to też o tym, że defensywie przytrafiają się błędy. Błędy, na których trzeba się uczyć.

Nie można też zapominać o Miroslavie Radoviciu. Trudno przecenić rolę Serba w ostatnich sukcesach Legii. Oczywiście zdarzają mu się jeszcze bezbarwne mecze, ale to właśnie dzięki jego bramkom “Wojskowi” mogą świętować awans. “Rado” zasługuje zresztą na szacunek nie tylko ze względu na boiskowe dokonania. W czasach “farbowanych lisów” w polskiej reprezentacji, czy przypadkach Leciejewskich itp. warto przypomnieć, że jakiś czas temu nie przyjął on powołania do reprezentacji Czarnogóry, podkreślając, że jego marzeniem jest gra dla Serbii (mimo iż wtedy miał na to znikome szanse). W nagrodę za wyśmienitą formę i lojalność dostał nawet ostatnio powołanie, choć wiele wskazuje na to, że z powodu kontuzji jego debiut będzie musiał zostać odłożony w czasie. Szkoda, ale miejmy nadzieję, że “Rado” doczeka się spełnienia swoich marzeń o grze w narodowych barwach. Zasłużył na to piłkarsko, ale też tak zwyczajnie po ludzku.

Wielkie chwile przy Łazienkowskiej przeżywa też Maciej Skorża, dla którego ta przygoda z Legią nie zawsze była wesoła. On sam najlepiej wie, że jednego dnia można być bohaterem, by następnego stać się… zerem (i odwrotnie). Skorża musi sobie zdawać sprawę z tego, że ostatnie sukcesy spowodowały, że poprzeczka będzie zawieszona coraz wyżej. Kibice Legii w ostatnich latach nie byli rozpieszczani i głód wielkiego sukcesu jest bardzo odczuwalny. Wspaniałe wyniki w Europie idą w świat i cieszą, ale fani chcą czegoś jeszcze. Upragnionego mistrzostwa. A jak trudno podzielić grę w pucharach ze skuteczną batalią na ligowych boiskach, przekonali się w zeszłym sezonie w Poznaniu. Tego błędu powtórzyć nie można.

Sukcesy Legii to także okazja do przemyśleń dla włodarzy klubu. Transfery Ljuboji, Żewłakowa, czy Kuciaka pokazują, że warto stawiać na piłkarzy sprawdzonych, którzy od razu mogą stanowić o sile zespołu. Trzeba więc już teraz rozglądać się za potencjalnymi zimowymi wzmocnieniami, które będą niezbędne nie tylko do walki o mistrzowski tytuł, ale także godnego reprezentowania na międzynarodowej arenie.

Wielkie gratulacje należą się więc wszystkim, którzy przyczynili się do tego sukcesu, ale nie można na tym poprzestać. Trzeba iść dalej za ciosem i budować wielką Legię. Taką, na jaką zasługują wspaniali kibice. Tak więc drodzy Panowie - piłkarze, trenerzy i działacze, zakasać rękawy i do roboty! Ciągle jeszcze dużo pracy przed Wami. Nie zmarnujcie tego, co już udało się osiągnąć. Szczęście dopisuje, a jemu trzeba tylko pomagać.

* Skomentuj ten wpis

Nadszedł ten czas…

Dawno wśród kibiców Legii nie było tylu optymistów. Trudno się jednak temu dziwić. Legia - wliczając wszystkie rozgrywki - nie przegrała już od dziewięciu spotkań, nieźle wygląda jej sytuacja w tabeli Ekstraklasy, a awans do dalszej fazy Ligi Europy jest na wyciągnięcie ręki. Ale przecież nie wszystko w tym sezonie układało się po myśli trenera Macieja Skorży i jego podopiecznych.

Porażkę przy Łazienkowskiej z drużyną Śląska Wrocław tłumaczono wypadkiem przy pracy, a plamę szybko udało się zmazać wspaniałym zwycięstwem w Moskwie. W międzyczasie Legia pokonała jeszcze ŁKS i przyszła przerwa na reprezentację, a później coś, co wydawało się niemożliwe. Bęcki od totalnie zlekceważonego Podbeskidzia. Nie tylko każdy może przyjechać i wygrać na Legii, ale i każdy może tutaj strzelić bramkę - pomyślałem, kiedy do siatki Kuciaka trafiali anonimowi Górkiewicz i Patejuk. W tym momencie wypadałoby się na moment zatrzymać i napisać kilka słów o Sylwestrze Patejuku. Naprawdę szkoda, że ten warszawiak przez wiele lat tułał się po niższych ligach, bo poza charakterem i ambicją, ma też naprawdę niezłe umiejętności i świetną - jak na polskie warunki - lewą nogę. Być może jednak nigdy nie jest za późno na podbijanie Ekstraklasy, co kilka lat temu udowodnił już pewien piłkarz właśnie w wieku 29 lat.

Wracając jednak do Legii, tym razem porażki nie udało się wymazać z pamięci kibiców tak szybko jak po starciu ze Śląskiem. O ile przegrana z PSV była wkalkulowana, to z pewnością fani liczyli, że uda się przywieźć komplet punktów z derbów (w pamięci ciągle było przecież upokarzające 0:3). I tym razem Legia wypadła jednak słabo, a przy Łazienkowskiej zawrzało. Pozycja Macieja Skorży wydawała się słabnąć, a media donosiły o ultimatum od władz klubu w kierunku szkoleniowca. Na szczęście Legię czekało pucharowe starcie z rezerwami Rozwoju Katowice i właśnie to spotkanie zapoczątkowało serię ośmiu z rzędu zwycięstw (w tym dwóch w europejskich pucharach oraz prestiżowych z Wisłą, Ruchem i dwukrotnie z Widzewem), zakończoną dopiero w ostatniej kolejce w Poznaniu. Choć remis na trudnym terenie i tak należy docenić.

Sytuacja “Wojskowych” diametralnie zmieniła się więc w przeciągu niespełna półtora miesiąca. Miejmy nadzieję, że sztab szkoleniowy i piłkarze wyciągnęli już wnioski z wszelkich niepowodzeń. Nareszcie solidnie wygląda defensywa (przynajmniej na tle pozostałych ligowych drużyn), a postawa Kuciaka powoduje, że chyba nikt już nie tęskni za Janem Muchą, co jeszcze w zeszłym sezonie wydawało się abstrakcją. Cieszyć musi też postawa młodych, którzy coraz mocniej pukają do drzwi pierwszej drużyny. Ale cieszy również ta równowaga w budowie zespołu i to, że o sile Legii decyduje nie tylko serbski duet Radović-Ljuboja, ale także wielu polskich piłkarzy.

Dla mnie cichym bohaterem w Legii jest Marcin Komorowski, który zrobił ogromny postęp, a jego bardzo przyzwoita gra jest wynikiem głównie ciężkiej pracy i niesamowitego serca do gry. Daj Boże, żeby każdy piłkarz Legii z takim zaangażowaniem podchodził do gry jak Komorowski. Do kadry powołuje go nawet trener Smuda, który nota bene twierdzi, że… reprezentacja to za wysokie progi dla “Prezydenta” (ale w wypowiedziach Smudy nawet nie będę próbował doszukiwać się jakiejkolwiek logiki). A skoro już mowa o należytym podejściu do swoich obowiązków, to z tego miejsca chciałbym pochwalić jeszcze jednego, chociaż byłego legionistę. Po słabym początku sezonu, coraz lepiej radzi sobie w ŁKS-ie Marek Saganowski, piłkarz dla którego nie ma straconych piłek, czym zresztą swego czasu zaskarbił sobie ogromną sympatię przy Łazienkowskiej, mimo jasnych deklaracji, że od zawsze na pierwszym miejscu był dla niego ŁKS.

Listopad to może być decydujący miesiąc dla Legii w tym sezonie. Z pewnością da odpowiedź na wiele trudnych pytań. Czy Legia jest już w pełni ukształtowaną drużyną, gotową aby wiosną przyszłego roku walczyć o upragniony mistrzowski tytuł? I czy Legia wykorzysta niesamowitą szansę na wyjście z grupy Ligi Europy? Właśnie tych emocji w europejskich pucharach brakowało z pewnością młodszej grupie kibiców Legii, którzy sukcesy z lat 90. znają jedynie z opowiadań. Miała swoje “pięć minut” Wisła, miał Groclin, miał też poznański Lech. Najwyższa pora na Legię.

PS Jest to pierwszy wpis na tym blogu po bardzo długim czasie. Mam jednak nadzieję, że tym razem uda się już regularnie dzielić swoimi spostrzeżeniami. Będzie pewnie głównie o Legii, ale nie tylko ;)

Pozdrawiam!

* Skomentuj ten wpis

Czy Legia się podniesie?

Przeszło rok temu Legia pod wodzą Stefana Białasa poniosła haniebną porażkę przed własną publicznością z Wisłą Kraków (0:3). Wysoka przegrana z odwiecznym rywalem musiała zaboleć, ale jeszcze bardziej bolał brak zaangażowania i kompletna obojętność piłkarzy Legii w tamtym spotkaniu. Wtedy wydawało się, że gorzej już być nie może, a nieunikniona rewolucja w klubie może przynieść tylko pozytywne skutki. Najwięksi pesymiści nie spodziewali się chyba, że w przeciągu roku Legia m.in. dostanie w derbach 0:3, w Krakowie 0:4, u siebie z Lechią 0:3, czy przegra wygrany mecz u siebie z Ruchem (z 2:0 na 2:3).

Fatalna wiosna 2010 w wykonaniu “Wojskowych” spowodowała, że klub nie zakwalifikował się do europejskich pucharów. Zmiany były nieuniknione. Przyszedł nowy trener, kilku nowych piłkarzy z mniej lub bardziej ciekawą piłkarską przeszłością, na których wydano mnóstwo pieniędzy (oczywiście jak na nasze polskie realia). Do tego nowy stadion i powrót wspaniałego dopingu. Wydawało się, że Legia w końcu ma realne szanse na walkę o mistrzostwo Polski. Co wyszło w praktyce? Wszyscy widzimy.

Legia na trzy kolejki przed końcem rozgrywek zgromadziła 40 punktów, ma za sobą aż 11 ligowych porażek i… ujemny bilans bramkowy (!). Już wiadomo, że zdobycz punktowa w obecnym sezonie będzie gorsza niż w bardzo słabym przecież poprzednim. Dobra postawa w Pucharze Polski i zdobycie tego trofeum nie usprawiedliwia Macieja Skorży i jego drużyny.

Obecny sezon pokazał, że Legia budowana jest źle od podstaw, a pieniądze wydawane na transfery są wyrzucane w błoto. Pokazał też, jak wielką rolę w zespole odgrywał Jan Mucha, który wielokrotnie naprawiał błędy w defensywie swoich kolegów. Na tę chwilę żaden z bramkarzy Legii nie nadaje się do walki o poważne cele. Od odejścia słowackiego golkipera minął już prawie rok, a Legia ciągle nie ma jego następcy. Niewątpliwie znakomitym ruchem byłoby ściągnięcie Muchy z powrotem na Łazienkowską, ale czy jest to w ogóle realne? Słowak w Evertonie nie wywalczył sobie miejsca w składzie i chciałby odejść, ale czy nie będzie wolał szukać nowego klubu poza Polską?

Spośród sprowadzonych przed rokiem piłkarzy najbardziej zawiódł chyba Manu. Wydawało się, że jego niesamowita szybkość może być wystarczającym atutem do podbicia słabej polskiej ligi, ale… czy ktoś spodziewał się, że Portugalczyk, który w przeszłości otarł się o Benfikę Lizbona może być aż tak na bakier z wszelkimi elementami piłkarskiego rzemiosła? Ekstraklasy nie zawojowali też wypożyczeni: mistrz świata U20 Alejandro Cabral i brazylijski napastnik Bruno Mezenga. Nie potrafię znaleźć sensownej odpowiedzi dlaczego. Argentyńczyk ostatnio zaczął się co prawda spisywać nieco lepiej, ale ciągle jest daleki od spełnienia pokładanych w nim nadziei. Mezenga natomiast strzelił jesienią trzy ważne bramki, wchodząc na murawę głównie jako rezerwowy i moim zdaniem zwyczajnie dostał za mało szans. Niewykluczone, że gdyby Legia stwarzała sobie więcej sytuacji, Mezenga okazałby się niezłym egzekutorem. O tym się jednak nigdy nie przekonamy, bo trudno spodziewać się, aby Legia któregokolwiek z nich wykupiła.

Dobre wejście do zespołu zaliczył Hubnik i w przyszłości powinno być z niego jeszcze trochę pożytku. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Słowak z każdym meczem był coraz mniej widoczny i stwarzał coraz mniejsze zagrożenie pod bramką rywali.

W mediach pojawiły się informacje, że pieniądze na letnie transfery mają pochodzić ze sprzedaży Ariela Borysiuka. Pytanie brzmi, czy znajdzie się ktoś chętny zapłacić duże pieniądze za piłkarza, który dobre zagrania przeplata bezsensownymi, a do tego idiotycznie łapie żółte kartki? Ariel ma duży potencjał, za sobą kilkadziesiąt spotkań w Ekstraklasie i pierwsze występy w narodowej drużynie, dlatego należałoby od niego wymagać znacznie więcej.

Ciekawą opcją do wzmocnienia defensywy wydaje się być Michał Żewłakow, którym Legia jest ponoć zainteresowana. Z drugiej strony trzeba pamiętać, jak różnie wypadają powroty znanych Polaków z lig zagranicznych (można wrócić jak Frankowski, ale można też jak choćby Żurawski czy Wichniarek). Największym wzmocnieniem byłby jednak niewątpliwie Jan Mucha i trzeba mocno trzymać kciuki, aby ten trudny do realizacji transfer doszedł do skutku. Niewykluczona jest też zmiana trenera. Przed rokiem napisałem, że przecież gorzej już być nie może, a czas pokazał, że powinienem był raczej napisać: “nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być gorzej”. Jak będzie tym razem? Czy w Legii ktoś wreszcie wyciągnie wnioski i przestanie powielać błędy, których od przejęcia klubu przez ITI były już dziesiątki? Nadzieje trzeba pokładać w takich piłkarzach jak Rzeźniczak, Kucharczyk, Hubnik, Vrdoljak, czy nawet Radović i Kiełbowicz. Trzeba też w końcu mądrze wydać pieniądze na nowych, niezbędnych piłkarzy, a w to w przypadku Legii naprawdę już coraz trudniej uwierzyć.

W sobotę Legia podejmie u siebie nowego mistrza Polski Wisłę Kraków, która skorzystała z okazji i przy biernej postawie reszty ligi sięgnęła po tytuł. Ten sezon został już dawno przegrany, ale o podium trzeba jeszcze powalczyć. Takie mecze zawsze mają swój prestiż, niezależnie od sytuacji w tabeli i formy obu drużyn. Drodzy piłkarze, nie odpuśćcie tego meczu i nie przejdźcie obok niego, tak jak miało to miejsce w maju 2010. Wystarczy już upokorzeń.

* Skomentuj ten wpis

Gracias…

Mecze piłkarskie regularnie oglądam już od dawna. Na przestrzeni tych kilkunastu lat widziałem już naprawdę bardzo dużo, od niskich polskich lig po futbol w największym światowym wydaniu. Jeszcze do wczoraj wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, ale kolejny raz się myliłem.

Poziom sportowy, na jaki wznieśli się wczoraj piłkarze Barcelony wydaje się być absolutnym szczytem ludzkich możliwości. Bo na grę Barcelony patrzy się ze zdumieniem, niezależnie od sympatii klubowych. Ten styl musi wzbudzać podziw, a serie podań na jeden kontakt pomiędzy graczami Barcy doprowadzają rywali do białej gorączki (wczorajszy przykład wściekłych piłkarzy Realu, których bezradność objawiała się brutalną grą).

W historii piłki wiele było drużyn określanych mianem “dream teamu” (wielu z nich nie było mi dane zobaczyć), ale nie potrafię sobie wyobrazić, by można było zagrać lepiej niż Barcelona. Nieocenione jest to, co dają futbolowi Xavi, Iniesta i Messi, co daje trener Guardiola i cała resztą tej WIELKIEJ drużyny, bo przecież tam praktycznie każdy ma zmysł do tej doskonałej gry kombinacyjnej.

Wczorajsze 5:0 to wysoki, ale jednak tylko wynik. Większe znaczenie ma sposób, w jaki Barcelona zmiażdżyła odwiecznego rywala. To nieprawdopodobne, że na Camp Nou przyjeżdża niepokonany dotąd w tym sezonie Real, w składzie z Cristiano Ronaldo, objawieniami mundialu Ozilem i Khedirą, mistrzami świata Casillasem, Ramosem, Xabim Alonso i jest tak bezradny. Real wczoraj nie miał do powiedzenia kompletnie nic, bo choć gwiazdy w składzie ma wielkie, to nie ma takiego zespołu jak Barcelona. Wczoraj wygrał ZESPÓŁ, wielka drużyna, której piłkarze podporządkowują się dobru klubu.

Swoją drogą szkoda, że ta wczorajsza bezradność Realu objawiała się w tak brzydki sposób. To, co zrobił Serio Ramos wobec swoich kolegów z narodowej reprezentacji powinno chyba skutkować wykluczeniem z tejże kadry. Choć na usprawiedliwienie gości z Madrytu, trzeba przyznać, że trudno utrzymać nerwy na wodzy, kiedy największy rywal robi z Tobą co tylko chce i ośmiesza Cię przed 100 tysiącami ludzi na stadionie i milionami przed telewizorami. Jesteś mistrzem świata lub najdroższym piłkarzem, a ktoś nagle pokazuje Ci, że jest w piłce taka grupa ludzi, która może Ci jedynie wskazywać, gdzie po piłkę biec, by po chwili odegrać ją już w inne miejsce i odebrać nadzieję na odbiór. Real został upokorzony, ale to świetna okazja, by jego piłkarze pokazali, że mają charakter. Na pewno ma go ich trener Jose Mourinho i zrobi wszystko, aby się zemścić.

Pytanie po wczorajszym meczu brzmi: czy piłka nożna może nam jeszcze zaoferować coś więcej niż obecny zespół Barcelony? Wydaje mi się, że nie, ale przecież mogę się mylić po raz kolejny. Piłka jest nieobliczalna. Dziękuję Ci, Barcelono. Za to, że mogłem zobaczyć drużynę wybiegającą ponad moje wszelkie wyobrażenia. Za to, że mogę oglądać prawdopodobnie najlepszy zespół w historii piłki nożnej, o którym będzie się mówiło jeszcze przez długie lata.

Pozdrawiam, sympatyk Realu Madryt.

* Skomentuj ten wpis

Jeszcze o mundialu…

Minął już tydzień od zakończenia mundialu, poznaliśmy nowego mistrza świata. Południowoafrykański turniej dla wielu przeszedł już do historii, inni będą go jeszcze długo wspominać. Większości impreza na kolana nie rzuciła, jednak kiedy rywalizują ze sobą czołowe reprezentacje świata emocje są gwarantowane. Nie zabrakło więc interesujących spotkań, ładnych bramek, dramatycznych rozstrzygnięć i choć wygrał zdecydowany faworyt, nie zabrakło niespodzianek. Mundial zakończył wiele pięknych reprezentacyjnych karier, ale z drugiej strony odkrył nowe gwiazdy, które mogą odgrywać decydującą rolę podczas EURO 2012, dla nas przecież szczególnie ważnym turnieju. Zanim przejdziemy do nowego sezonu ligowego, ja w tym wpisie chciałbym podzielić się swoimi odczuciami po MŚ 2010.

Rozczarowania

Każdy mundial to nie tylko wielcy wygrani, ale nie może być inaczej skoro co cztery lata mistrzostwo świata jest celem postawionym przed wieloma reprezentacjami, a tylko jedna z nich może go osiągnąć. W RPA doszło do bezprecedensowej sytuacji, w której swoje występy już na fazie grupowej musieli zakończyć mistrzowie i wicemistrzowie świata, a także gospodarze imprezy. O ile odpadnięcie RPA w pierwszej fazie można było przewidywać z uwagi na trudną grupę, o tyle odpadnięcie Włochów i Francuzów to już dramat dla tych bogatych w piłkarskie tradycje nacji. Tym bardziej, że dla “Tricolores” to już drugi wielki turniej po EURO 2008, w którym kończą oni swoją przygodę właśnie w fazie grupowej. Francja nie ma dziś reprezentacji z prawdziwego zdarzenia i przed nowym selekcjonerem Laurent Blanc bardzo trudne zadanie. Dla wielkiej gwiazdy światowego futbolu ostatnich lat Thierry’ego Henry to przykry koniec przygody nie tylko z narodowym zespołem, ale być może także z piłką w ogóle, bo przecież występy w MLS to już piłkarska emerytura. Nie wiadomo jeszcze, co stanie się z Nicolasem Anelką, przed którym Blanc nie zamyka drzwi do kadry, ale pod warunkiem oficjalnych przeprosin. Czy krnąbrnego piłkarza Chelsea będzie stać na taki gest? Największy problem Francuzów - po odejściu Zidane’a - polega jednak na braku prawdziwego lidera w środku pola, bo póki co Yoann Gourcuff, mimo olbrzymiego potencjału, nie spełnia pokładanych nadziei (plotki głoszą, że może mieć na to wpływ jego konflikt z tzw. “starszyzną”). Blanc doskonale zna Gourcuffa z współpracy z Bordeaux, która przyniosła w sezonie 2008/2009 mistrzostwo Francji i może właśnie teraz uczyni z niego playmakera chociaż w jakimś stopniu nawiązującego do Zizou. Lidera zabrakło także Włochom, wskutek kontuzji Buffona i fatalnej postawy Fabio Cannavaro. Może warto było jednak zaryzykować i do RPA zabrać ciągle świetnego przecież w Romie Francesco Tottiego?

To jednak nie jedyni przegrani niedawnych MŚ. Trudno nie wspomnieć o Brazylijczykach. Dunga zrezygnował z kilku gwiazd, ale ćwierćfinał to dla 5-krotnych mistrzów świata zdecydowanie wynik poniżej oczekiwań. Zarzucano Dundze, że próbuje zrobić z Brazylii drużynę grającą trochę na styl Włochów (oczywiście nie tych w aktualnej formie), czyli mało efektownie, ale skutecznie i patrząc na efekt końcowy, trudno się z tym nie zgodzić. Można zadać podobne pytanie, co powyżej. Czy w trudnych chwilach nie przydałby się Ronaldinho, chociażby jako zmiennik? Czy nie przydałby się zawodnik “robiący różnicę” przy stanie 1:2 w meczu z Holandią? Brazylia ma cztery lata na zbudowanie drużyny, przed którą cel jest oczywisty. Wygrać mundial, tym bardziej, że rozgrywany na własnym terenie.

Zawiedzeni mogą być też Anglicy, którzy najpierw mieli ogromne problemy z wyjściem z grupy, by później dostać lanie od wielkiego rywala - Niemców. Długo wydawało się, że nie do zatrzymania jest Argentyna, aż do meczu z świetnie zorganizowaną drużyną Niemiec, zakończonego wysoką porażką 0:4.

W tym momencie niestety trzeba wspomnieć o kolejnym rozczarowaniu MŚ w RPA. Nigdy nie dowiemy się już, jaki wpływ na wynik meczu (a może w ogóle całych mistrzostw) Anglia-Niemcy miał ogromny błąd sędziów, którzy nie uznali bramki Lamparda. Pokrzywdzeni zostali też Meksykanie, którzy dzielnie radzili sobie z Argentyną do momentu bramki Teveza, strzelonej z ewidentnego spalonego. A przecież dyskusyjnych decyzji arbitrów można by wymienić jeszcze bardzo dużo. Dodam tylko, że jeszcze przed afrykańskim turniejem byłem przeciwnikiem wprowadzenia powtórek i innych nowinek technicznych dla sędziów, ale teraz nie mam już żadnych wątpliwości.

Ostatnie rozczarowanie, o którym trzeba wspomnieć to bardzo słaba oprawa mundialu stworzona przez TVP i niebywale wręcz niski poziom, jaki zaprezentowali komentatorzy. Niestety spowodowało to, że wielu z nas nie odczuło wielkiej atmosfery, jaka powinna towarzyszyć takiej imprezie.

Pozytywy

Na szczęście, poza długą listą niepowodzeń i rozczarowań tego mundialu, można także doszukać się dobrych stron. Największymi wygranymi są oczywiście mistrzowie świata Hiszpanie, którzy podnieśli się po porażce ze Szwajcarią i choć można dyskutować, czy to oni byli tak dobrzy, czy też rywale słabi, jednemu zaprzeczyć się nie da. To obecnie najlepsza drużyna świata. Doskonale wypadli też Niemcy, którzy ostatecznie wrócili do domu jedynie z brązowymi medalami, co na pewno ich nie zadowoliło. Nasi sąsiedzi pokazali momentami świetny futbol, oparty na zabójczych kontrach, a przecież trzeba pamiętać, że przed mistrzostwami stracili swoją największą gwiazdę. Już teraz można powiedzieć, że będą jednymi z głównych faworytów najbliższego EURO. Trzecie miejsce Niemiec udowadnia tezę, że zawsze podczas takich imprez są groźni, ale na pewno mieli apetyt na więcej.

Wicemistrzostwo świata to wielki sukces Holandii, chociaż po przegranym finale musiał pozostać pewien niedosyt. Kto wie, jak zakończył by się konkurs rzutów karnych, gdyby zwycięskiej bramki w dogrywce nie zdobył Iniesta, albo co wydarzyłoby się, gdyby swoje okazje wykorzystał Arjen Robben? Holendrzy nie zachwycili stylem gry, ale drugie miejsce na mundialu nie może być przypadkiem.

Dużo emocji przysporzyli też Urugwajczycy, którzy po pewnym wyjściu z grupy, wyeliminowali Koreę Południową, a w meczu z Ghaną byli już jedną nogą za burtą, by ostatecznie wygrać w rzutach karnych. Później zafundowali nam dwa doskonałe mecze z Holandią i Niemcami, jednak niestety oba przegrane 2:3. Słowa uznania należą się też Ghanie. Gdyby Gyan wykorzystał “jedenastkę” w 120. minucie meczu z Urugwajem dziś pewnie mówilibyśmy o nich równie dużo, co o Diego Forlanie i jego kolegach. Swoje małe sukcesy w RPA odnieśli też piłkarze Paragwaju, Słowacji czy Nowej Zelandii, jedynej niepokonanej drużyny w tych MŚ. Co ciekawe, wszystkie te drużyny okazały się w fazie grupowej lepsze od byłych już mistrzów świata Włochów.

Najwięksi wygrani (personalnie)

W pierwszej kolejności wypada wymienić kapitanów obu ekip, które zmierzyły się w finale. Iker Casillas wzniósł Puchar Świata, a szczególnie z dobrej strony pokazał się właśnie w tym decydującym meczu. Swojego marzenia nie spełnił za to Giovanni van Bronckhorst, ale przecież drugie miejsce MŚ to także ładne ukoronowanie jego kariery, a jego przepiękna bramka z półfinałowego meczu zapadnie w pamięć nie tylko fanom “Oranje”. Dla mnie jednak największym wygranym tego mundialu jest ten, który - choć postawą w turnieju na to zasłużył - wrócił do domu bez medalu, ale za to z tytułem króla strzelców i najlepszego piłkarza turnieju - Diego Forlan. Wielki piłkarz, choć mało medialny, przez co rzadko zaliczany do najlepszych na świecie, dotąd na pewno nie do końca doceniany. “Złoty But” z uwagi na największą liczbę asyst spośród najlepszych strzelców przypadł niespełna 21-letniemu Thomasowi Mullerowi, co jest jego ogromnym osiągnięciem. Niemiec na mundialu wypadł doskonale, podobnie zresztą jak kilku innych jego kolegów, m.in. Mesut Ozil, którego dobra postawa może zaowocować głośnym transferem. Wyróżnić trzeba też Klose i Podolskiego, czy Schweinsteigera, który pokazał, że można godnie zastąpić nawet Michaela Ballacka. Hiszpański snajper Barcelony, David Villa został natomiast królem strzelców drugiej z rzędu dużej imprezy po EURO 2008. Ostatni z piłkarzy, który na boiskach w RPA ustrzelił 5 bramek - Wesley Sneijder do swoich wielkich sukcesów klubowych z zeszłego sezonu dołożył wicemistrzostwo świata i także tytuł króla strzelców. Nieźle zapowiada się też kariera wchodzącego z ławki Meksykanina Javiera Hernandeza, który trafił do Manchesteru United i pozostaje mu życzyć, aby zrobił na Old Trafford większą karierę niż wspomniany wcześniej Diego Forlan. Wielkie brawa należą się też Robertowi Vittkowi, słowackiemu strzelcowi 4 bramek na mundialu.

Mundial a sprawa polska

Oglądanie najlepszych reprezentacji oraz piłkarzy świata zawsze powoduje, że staram się zlokalizować w tej układance miejsce Polski. Zastanawiam się nawet, czy w RPA wystąpiła drużyna, którą na dzień dzisiejszy Polska byłaby w stanie pokonać i mam co do tego wielkie wątpliwości (może Francja?), ale cierpliwość czasem popłaca. Do EURO 2012 pozostały jeszcze dwa lata, a ten czas minie szybko. Obyśmy nie obudzili się - jak w przysłowiu - z ręką w nocniku, kiedy okaże się, że szanse na wyjście z grupy są jedynie iluzoryczne. Trzeba jednak być optymistą. Mundial w RPA pokazał, że nie trzeba mieć wielkich piłkarzy, aby być solidną drużyną. My, póki co wielkich piłkarzy nie mamy, ale może w dwa lata Robert Lewandowski podbije Bundesligę, a później zostanie gwiazdą polsko-ukraińskiego EURO 2012?

* Skomentuj ten wpis

W RPA będzie coraz ciekawiej

Mundial w RPA wkroczył już w kluczowy etap, jakim są mecze drugiej kolejki fazy grupowej. Dla wielu drużyn to potyczki o “być, albo nie być” na tej imprezie. Póki co, Mistrzostwa nie rzucają na kolana, ale kilka dobrych momentów było, a najlepsze dopiero przed nami. Na razie jednak w nawiązaniu do popularnej ostatnio telewizyjnej reklamy mogę powiedzieć, że jeszcze tych Mistrzostw “nie czuję, nie czuję…”, ale z niecierpliwością czekam na mecz, po którym odetchnę z ulgą i powiem sobie z czystym sumieniem: “ooo… teraz czuję”.

Padło już kilka ładnych bramek, widzieliśmy też pierwszy hat-trick i wielką radość Diego Maradony. Obejrzeliśmy znakomitych Niemców i przeciętnych Brazylijczyków (nie docierają do mnie tłumaczenia, że zagrali “na pół gwizdka”, aby oszczędzić siły na trudniejsze mecze). Były emocjonujące końcówki, ale też katastrofalne błędy bramkarzy i… sporo czerwonych kartek. Czasem były to kontrowersyjne decyzje arbitrów, czasem wynik ostrej walki, ale niestety zdarzyły się też dwie czerwone kartki wynikające wyłącznie z głupoty. Mowa oczywiście o Algierczyku Abdelkaderze Ghezzalu i Nigeryjczyku Sani Keicie. Obaj znacząco ograniczyli szansę swoich drużyn na awans z grupy (Algieria zagra z USA i Anglią, a Nigeria musi wygrać z Koreą i liczyć na zwycięstwo Argentyny z Grecją). Pierwszy został antybohaterem przy stanie 0:0, w bardzo ważnym meczu ze Słowenią, która na pewno była w zasięgu, a drugi w meczu ostatniej szansy z Grecją przy prowadzeniu 1:0. Skończyło się na 1:2. Być może obaj są dobrymi piłkarzami, może są beznadziejnymi, na pewno jednak kompletnie nieodpowiedzialnymi.

Być może dobrze się stało, że ktoś nareszcie utarł nosa Hiszpanom. Teraz podopieczni Vicente del Bosque będą musieli udowodnić, że to jedynie wypadek przy pracy, a doskonałą do tego okazję mogą mieć już po wyjściu z grupy. Jeśli bowiem Hiszpania w grupie H zajmie drugie miejsce, a swoją grupę wygra Brazylia, będziemy świadkami spotkania dwóch wielkich faworytów całych mistrzostw, “Królów Futbolu” i ich europejskich odpowiedników. Wracając do Szwajcarów, warto przypomnieć ich wyczyn z poprzednich MŚ, rozgrywanych w Niemczech, na których wyszli z grupy z 1. miejsca (przed Francją, Koreą Południową i Togo), a w całym turnieju nie stracili ani jednej bramki (w 1/8 odpadli po przegranych 0:3 rzutach karnych z Ukrainą)!

Wieczorem ciekawie zapowiada się spotkanie Francji z Meksykiem. Obu drużynom po remisach w pierwszych meczach bardzo zależy na zwycięstwie, a ewentualna porażka może przybliżyć jedną z ekip do powrotu do domu na tarczy. Czy Francuzi powtórzą niechlubny wyczyn z Euro 2008 i zakończą swoją grę w kolejnej wielkiej imprezie już w fazie grupowej?`Pytań bez odpowiedzi ciągle pozostaje bardzo dużo. Jak daleko zajdzie Argentyna i czy mający już sporą zaliczkę Gonzalo Higuain okaże się najlepszym strzelcem MŚ? Czy podniosą się Hiszpanie i w walkę o koronę króla włączy się nowy nabytek Barcelony David Villa? Co pokażą w kolejnych meczach Brazylijczycy? Kiedy pierwszą bramkę zdobędzie genialny Leo Messi? Jak spisze się w bramce prawie 40-letni David James, jeśli przyjdzie mu zastąpić Roberta Greena? Czy Szwajcaria okaże się “czarnym koniem” turnieju? Odpowiedzi uzyskamy już niedługo, a z każdym dniem ten mundial będzie ciekawszy.

* Skomentuj ten wpis

Niecodzienne wydarzenie

Piłką interesuje się już wiele lat i jeszcze do dzisiaj wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem… To, co pokazali piłkarze Legii w meczu z Wisłą to ewenement na skalę światową. Można nie zgadzać się z pewnymi zachowaniami trybun, ale pod ironicznymi okrzykami “dziękujemy, dziękujemy” z końcówki spotkania podpisuję się obiema rękami. Legioniści Pracownicy Legii, którzy zagrali z Wisłą przynieśli tylko wstyd i nawet nie zrobili nic, by tego uniknąć. Chcę wierzyć w to, że widziałem taki brak zaangażowania po raz pierwszy i… ostatni. Pobić niechlubny wyczyn tych piłkarzy będzie w przyszłości naprawdę trudno i mam nadzieję, że nikt nawet nie będzie próbował.

To, co dzieje się teraz w głowie kibica Legii może zrozumieć tylko drugi kibic Legii. Może jeszcze kibic drużyny, której piłkarze kiedyś na jego oczach przeszli obok meczu z odwiecznym rywalem, ale zadajcie sobie pytanie: czy kiedykolwiek widzieliście swoją drużynę tak obojętną wobec wyniku? Jeśli Twoja odpowiedź na to pytanie brzmi “tak” to pewnie mnie rozumiesz. Jeszcze kilka lat temu można byłoby krzyknąć “sprzedany mecz!”, ale przecież nawet w takich spotkaniach piłkarze chociaż udają, że im zależy na wygraniu. Dzisiaj Legioniści nie próbowali zrobić nic, aby uniknąć blamażu przy Łazienkowskiej. Ta zbieranina kopaczy (za wyjątkiem Janka Muchy), której nie chcę nazywać drużyną, podzieliła się w tym meczu na dwie części. Pierwsza, odpowiadająca za defensywę sprawiała wrażenie, jakby kompletnie nieważne były rozmiary i styl porażki, a druga - ofensywna (oczywiście tylko z nazwy), jakby zupełnie nie chcąca wbić gola, chociażby honorowego.

Napisanie czegokolwiek odkrywczego po tym meczu jest chyba niemożliwe, bo każdy kto widział to widowisko ma pewnie podobne zdanie. Zasady są proste. Jeśli jest się piłkarzem słabym (a Legia na dzień dzisiejszy składa się w większości z piłkarzy słabych i bardzo słabych) to trzeba te braki nadrabiać zaangażowaniem, w przeciwnym razie nie można marzyć o konkurowaniu z piłkarzami dobrymi, którzy w dodatku to zaangażowanie wykazują (np. Wisła w tym meczu, której należą się duże brawa, mimo iż Legia przecież nie stawiła NAJMNIEJSZEGO oporu). Przerażające jest to, jak łatwo Wisła przejechała się po Legii i… jak znacznie wyżej mogła to spotkanie wygrać. A w drugą stronę? Tuż przed meczem zastanawiałem się, jak poradzi sobie Marcin Juszczyk i co? Nie dowiedziałem się, bo Legia walcząca o niezbędne trzy punkty w walce o europejskie puchary nawet jego bramce nie zagroziła!

Co dalej? - wypadałoby spytać. Fatalny sezon Legii dobiega końca, być może Wojskowych zabraknie jesienią w europejskich pucharach, za nieco ponad miesiąc wygasają umowy 8 piłkarzy (Mucha, Szala, Kiełbowicz, Jarzębowski, Smoliński, Szałachowski, Grzelak, Mięciel). Obiektywnie patrząc, żaden z wyżej wymienionych nie zasłużył na przedłużenie kontraktu, nieco bardziej subiektywnie - chciałbym, żeby w Legii został Smoliński, a w porywach także Jarzębowski i Mięciel (chociaż w przypadku tej dwójki problemem mogą być kontuzje) Cała trójka piłkarzy związanych z Legią, którym dobro tego klubu leży na sercu. Smoliński, jako waleczny zmiennik mogący występować na wielu pozycjach; Jarzębowski, też jako walczak, a przy tym jednak dość solidny defensywny pomocnik; Mięciel, jako 3-4 napastnik, który po roku mógłby zostać w klubie jako trener młodzieży. Nie rozumiem jednak, dlaczego rozważa się przedłużenie kontraktu z Sebastianem Szałachowskim. Przyznam szczerze, że kiedy grał on jeszcze w Łęcznej, byłem ogromnym zwolennikiem jego ściągnięcia, ale kontuzje przeszkodziły mu w zrobieniu kariery. “Szałach” jest w Legii już 5 lat i wydaje się, że prochu już nie wymyśli, skoro do tej pory ta sztuka mu się nie udała.

Od dłuższego już czasu bardzo brakuje mi w Legii piłkarza z charakterem, prawdziwego lidera, bo niestety Maciej Iwański takim zawodnikiem, potrafiącym poderwać zespół, chyba już nigdy nie będzie. Pomyśleć, że w Wiśle takich piłkarzy wymienić można kilku (bracia Brożkowie, Głowacki, Sobolewski, czy nawet najmłodszy z tej grupy, ale jednak charakterny Małecki).

W związku z tym, że włodarze Legii zapowiadają już letnie transfery (czy naprawdę będą tak głośne, jak mówią?), ja jako, że ostatnimi czasy wróciłem do młodzieńczej fascynacji grą w piłkarskiego managera i wirtualnie buduję potęgę Legii, także wskażę kandydatów do gry w Legii, ale tych z polskich boisk, jednak nie na bazie obserwacji z gry komputerowej, a prawdziwego świata piłki nożnej :) Byłbym zadowolony, gdyby postarano się ściągnąć kogoś z grupy: Micanski, Kiełb, Bruno Coutinho i… Vuković (to tak a propos powyższego wątku dotyczącego lidera). Nie mam jednak pomysłu na obsadę bramki, a zerkając dzisiaj na mecz Lech-Polonia Bytom, utwierdzam się w przekonaniu, że Skaba, choć miewa świetne interwencje, popełnia też sporo prostych błędów i na miano pierwszego bramkarz w Legii jeszcze nie zasługuje. Czeka go jeszcze trochę pracy z Krzysztofem Dowhaniem.

Weszło donosi, że nowym trenerem Legii będzie niemal na pewno Maciej Skorża. Jeśli okaże się to prawdą, to chyba będzie to niezły wybór. Jedno jest pewne i w tej kwestii to chyba bardziej realizm niż niepoprawny optymizm. Będzie lepiej… (zdanie dokończcie sami)

* Skomentuj ten wpis

Adios amigos, czyli koniec hiszpańskiej Legii

Od ostatniego odcinka tego bloga minęło już sporo czasu, bo przeszło trzy miesiące. Kilka razy zabierałem się do pisania i rezygnowałem z prostej przyczyny. Ponarzekać lubię, jak większość z nas, ale niestety Legia i osoby w niej decyzyjne ostatnimi czasy dawały zbyt dużo powodów do narzekań, a wylewanie swoich żalów na blogu bez przerwy mogłoby być zbyt nudne. Oczywiście nie mam tu na myśli jedynie okresu od początku rundy wiosennej. Tym razem jednak wydarzyło się na tyle dużo, że powstrzymać się nie dało.

Dziś dobiegła końca “hiszpańska” era dowodzenia w Legii. Era, która prawdopodobnie nigdy nie powinna była się rozpocząć. Oceniając z perspektywy czasu, nie mam wątpliwości, że Legia pod rządami Urbana i Trzeciaka nie tylko nie osiągnęła oczekiwanego sukcesu sportowego (mam tu na myśli mistrzostwo), ale i nie osiągnęła wyraźnego skoku jakościowego, jeśli chodzi o styl gry. Bo Legia tak naprawdę z hiszpańskimi wzorcami niewiele miała wspólnego. Przyznaję jednak, że - podobnie jak większość kibiców Legii - po przyjściu do klubu Urbana i Trzeciaka wierzyłem w szanse powodzenia tego projektu. Zawiodłem się.

O nieporadności i nieudolności w działaniach Mirosława Trzeciaka powiedziano i napisano już tak wiele, że wymienianie ich po raz kolejny nie ma sensu. Ta lista jest po prostu zbyt długa. Zresztą ja sam także poświęciłem temu wątkowi sporo miejsce na tym blogu. Parę słów poświęcę jednak byłemu już trenerowi Legii. Otóż zgadzam się z tym, że między Urbanem i piłkarzami Legii nie było tej niezbędnej do osiągania sukcesów chemii. To było widać już od dłuższego czasu. Dodatkowo Urban na własne życzenie z czasem tracił w oczach kibiców. Zgadzam się też z tym, co napisał na swoim blogu banan, który za słabą postawę Legii wini głównie Jana Urbana, a nie piłkarzy. Widzę prosty sposób na wytłumaczenie tego. W polskiej lidze wirtuozów futbolu nie ma, nie inaczej jest przy Łazienkowskiej. Nie zmienia to faktu, że piłkarze Legii nie tylko zarabiają więcej i pracują w lepiej zorganizowanym klubie, aniżeli większość ligi, ale i mają od niej znacznie większe umiejętności (większość, bo z Wisłą i Lechem można Legię kadrowo porównywać). Niech ktoś porówna sobie poszczególnych piłkarzy Legii do ich odpowiedników w wiosennych pogromcach drużyny Urbana. Można się załamać. Jeśli więc Legia nie potrafi wygrywać z drużynami słabszymi to znaczy, że błąd popełnia trener, który mając do dyspozycji lepszych wykonawców przegrywa ten mecz gdzieś w głowie, pomyśle na grze, taktyce. Drugą opcją jest zbyt małe zaangażowanie piłkarzy w swoje obowiązki, ale czy to nie trener jest odpowiedzialny za to, by zespół dawał z siebie 100% możliwości, a każdy piłkarz walczył najlepiej jak potrafi?

Dziś Legia powinna spoglądać na resztę stawki z fotela lidera i kpić z niepowodzeń Skorży i Wisły. A przecież droga do tego wcale nie była trudna. Wystarczyło ograć u siebie Odrę lub na wyjeździe Polonię Bytom. Używam słowa “lub”, bo przecież wystarczyło dokonać jednej z tych rzeczy. Swoją drogą to dość przykre, że jako kibic zespołu mającego mistrzowskie aspiracje zasiadałem w sobotę przed telewizorem spodziewając się kolejnej żenującej porażki z ligowym outsiderem. Ja, czyli z reguły optymista, jeśli chodzi o mecze moich ulubionych drużyn.

Jest jednak jeden pozytywny akcent. Gorzej już nie będzie, a do tego że jest źle chyba się już trochę przyzwyczaiłem. Nowym trenerem został Stefan Białas. W przeciwieństwie do Jana Urbana, kibic Legii, który pewnie potrafi zrozumieć, dlaczego co roku przy Łazienkowskiej walczy się o najwyższe cele i nie będzie podważał zasadności takich oczekiwań wśród kibiców. U mnie ma kredyt zaufania, choć musiałby naprawdę dokonać wielkich rzeczy, aby popracować dłużej, aniżeli do końca sezonu. Tego mu jednak życzę, bo to oznaczałoby także sukces Legii.

PS Ciągle zastanawiam się nad powodami piłkarskich niepowodzeń Legii i nie wiem, które z nich miały decydujący wpływ na te porażki. Chętnie zapoznam się z Waszymi opiniami. Myślę, że Urbana zawiódł Maciej Iwański. Trener widział w nim lidera, a on wiosną jest cieniem samego siebie z najlepszych swoich okresów. Powiem więcej, jest przerażająco słaby. Gdzieś jednak musi leżeć także przyczyna jego słabej dyspozycji, a o nieprzygotowanie piłkarzy do sezonu może mieć Urban żal tylko do siebie.

* Skomentuj ten wpis

Barca górą w Gran Derbi

“Gran Derbi” zakończone, zwycięstwo faworytów pozwala wrócić im na fotel lidera Primera Division. Nawet jeśli gra Barcy nie wyglądała może tak, jak by sobie to wymarzył Guardiola, to na pewno zwycięstwo gospodarzy zasłużone.

Real Madryt w tym spotkaniu grał nieźle, groźnie kontrował i mógł w pierwszej części gry objąć prowadzenie. Początek drugiej połowy to wejście na murawę Zlatana Ibrahimovicia i to właśnie jego gol zdecydował o zwycięstwie. Błysk geniuszu Daniego Alvesa i Zlatana zadecydował, że Barca wygrała. Reprezentant Szwecji zmienił Thierry’ego Henry, o którym po tym meczu zbyt wiele dobrego powiedzieć nie można. Słaba gra i niesportowe zachowanie (mam tu na myśli kopnięcie piłki po odgwizdanym spalonym i protestowanie po tym jak faulował Pepe). Głośno ostatnio o tym piłkarzu z wiadomych powodów i Henry zupełnie niepotrzebnie daje nowe powody do krytyki swoim przeciwnikom. Dla jasności dodam tylko, że nie należę do grupy, która wieszała na nim psy po barażowym meczu z Irlandią (nie popieram broń Boże, ale gdzieś tam znajduję zrozumienie) i ta opinia nie jest w żadnym wypadku kontynuacją “jazdy po Henrym”.

Swoją drogą, kiedy na początku drugiej połowy piłkarze Realu dostawali kolejne kartki to pomyślałem sobie, że Real tego meczu w komplecie nie skończy i… miałem rację, tyle że jeszcze wcześniej osłabienia doznała Barcelona. Trochę nie wytrzymał chyba presji Sergio Busquets, bo gdyby Barca nie wygrała tego meczu to na pewno zostałby jednym z winnych takiemu obrotowi sprawy. Mając na koncie żółtą kartkę nie można w ten sposób przerywać akcji w tej fazie meczu i w tym miejscu boiska. Na ogromny szacunek zasługują na pewno Puyol, Iniesta oraz Messi. Ten pierwszy za serce do gry, do czego już przyzwyczaił, natomiast dwaj następni za to, że potrafili wziąć na siebie ciężar gry po wyrzuceniu Busquetsa. W ważnych momentach potrafili świetnie utrzymywać się przy piłce.

Jeśli chodzi o Real, daleki jestem od krytykowania tego zespołu. Piłkarze z Madrytu skutecznie utrudniali grę Barcelonie, jednak - szczególnie w czasie gry z przewagą - można było od nich oczekiwać czegoś więcej. Czego? Na pewno przejęcia inicjatywy i wyrównania. Kolejny raz moim zdaniem zawiódł Kaka. Mamy już grudzień, a jednak wydaje mi się, że zarówno Brazylijczyk, jak i inny sprowadzony latem piłkarz Karim Benzema nie pokazują w zespole z Santiago Bernabeu swoich możliwości. W kwestii Ronaldo uważam, że on akurat - kiedy tylko gra - prezentuje się bardzo dobrze, ale póki co rozwinięcie skrzydeł uniemożliwiają mu problemy zdrowotne.

W wielkim klasyku ligi hiszpańskiej wygrywa więc Barcelona i jest to zwycięstwo zasłużone. Nie zawsze można grać pięknie dla oka, ale Barca pokazała, że potrafi też zdobywać punkty w meczach, w których przeciwnik nie pozwala na zbyt dużą swobodę.

* Skomentuj ten wpis

Trafił w wentyl!

Nareszcie! Maciej Iwański trafił w piłkę tak, jak chciał i zapewnił Legii trzy punkty świetnym uderzeniem z rzutu wolnego. Idealne “trafienie w wentyl” pozwoliło Legionistom pokonać wyróżniający się ostatnio w polskiej ekstraklasie GKS Bełchatów.

Zważywszy na ostatnią beznadziejną grę Legii, wydawać by się mogło, że punkt w Bełchatowie to maksimum możliwości, co pokazywały zresztą wydarzenia z pierwszej części gry. Gospodarze dominowali, a Legia grająca bez prawdziwego napastnika (do Szałachowskiego jako najbardziej wysuniętego gracza nigdy się chyba nie przekonam) wyglądała słabo. Dużo błędów w obronie popełniał Rzeźniczak, co w tym sezonie zdarzało mu się dotąd rzadko. Reprezentant Polski po pucharowym meczu z Cracovią zarzekał się, że jest w stanie zagrać przez następne 120 minut choćby następnego dnia, jednak wydaje się, że słowa te niewiele miały wspólnego z prawdą. Pod koniec pierwszej połowy Kuba doznał kontuzji kolana i pozostaje mieć nadzieję, że nie okaże się ona zbyt poważna.

Po przerwie Legia wyglądała już nieco lepiej, jednak ciągle wydawało się, że to Bełchatów jest bliższy strzelenia gola. Wtedy nadeszła 84. minuta. Najpierw z rzutu wolnego próbował uderzać Rybus, a kiedy sędzia nakazał jego powtórzenie z powodu zbyt szybkiego wybiegnięcia z muru Wróbla, na uderzenie zdecydował się Maciej Iwański i znakomitym strzałem z ponad 30 metrów nie dał szans Sapeli. W tym miejscu warto dodać, że Iwański przerwał tym samym znakomitą, trwającą aż 752 minuty, serię Łukasza Sapeli bez straconego gola. Wysoką formę bramkarz Bełchatowa pokazał też w meczu z Legią, broniąc w kilku sytuacjach.

Legia zdobyła więc trzy punkty i stawia Wisłę pod ścianą przed niedzielnym meczem z Odrą, choć przyznać trzeba, że urwanie punktów Wiśle przez słabiutką w tym sezonie Odrę wydaje się nierealne. Tak czy siak, na chwilę obecną Legia jest… liderem tabeli. Przy okazji dzisiejszego spotkania warto wspomnieć o słabej postawie sędziego Małka i jego asystentów. Kibice i piłkarze Bełchatowa po meczu sugerowali sprzyjanie Legii, jednak moim zdaniem nie może być o tym nawet mowy. To sędziowskie trio popełnia błędy, bo jest po prostu słabe, a sędziego Roberta Małka pamiętam z kilku spotkań, w których popełniał błędy na niekorzyść Legii.

Swoją drogą, ciekawe jak wielu kibiców Legii, podobnie jak ja, poczuło niepokój kiedy z konieczności Kubę Rzeźniczaka zmienił Pance Kumbev. Pamiętamy przecież jego katastrofalne błędy, a w dodatku w drugiej połowie Legia miała bronić się w eksperymentalnym ustawieniu -Jędrzejczyk, Kumbev, Choto, Kiełbowicz-, z którego jedynym pewniakiem jest Choto, a dwaj pierwsi to zdecydowanie rezerwowi. Na szczęście w meczu z Bełchatowem Macedończyk spisał się co najmniej przyzwoicie.

Sobotni mecz potwierdził jak wysokiej klasy bramkarzem jest Janek Mucha (w sobotę najlepszy w ekipie Legii) i wydaje się oczywiste, że jego miejsce jest w lepszym klubie niż Legia. Nie zmienia to faktu, że Trzeciak musi zrobić wszystko, żeby przedłużyć z nim kontrakt (niestety aktualnie na to się nie zanosi), choćby po to, by nie powtórzyła się sytuacja z Rogerem, który z Legii odchodził za drobne. Mucha zasłużył na miejsce w lepszej lidze, ale to nie znaczy, że Legia ma go oddawać za darmo. W końcu duży wkład w jego postęp miał Krzysztof Dowhań. Właśnie praca tego trenera powoduje, że nie musimy się chyba obawiać o następce Muchy, bo pod skrzydłami Dowhania trenują utalentowani Machnowski i Gostomski, a dobrze na wypożyczeniu radzi sobie Wojciech Skaba. Jeśli “Muszkinowi” udało się zastąpić Fabiańskiego, Fabiańskiemu Boruca, a Borucowi Staneva to znaczy, że i tym razem nie powinno być obaw…

Ostatnią rzeczą, którą chciałbym poruszyć jest komentowanie spotkań Legii przez Mariusza Śrutwę. W jego słowach często dopatruję się niechęci do Legii i mam wrażenie, że jej powodem jest nieudana przygoda Śrutwy przy Łazienkowskiej sprzed 10 lat. Obiektywny potrafi być za to inny ekspert współpracujący z tą stacją Mirosław Szymkowiak. Kiedy “Szymek” zaczynał pracę w C+ wydawało mi się, że w swoich komentarzach będzie zwykle faworyzował Wisłę, a Legii może być nieprzychylny, jednak nic z tych rzeczy i za to należą mu się brawa. Co prawda podczas wywiadu w przerwie z Iwańskim miał małe problemy z zadawaniem pytań, ale mimo to Szymkowiak jako trzeci komentator z płyty boiska to w mojej opinii niezły, sprawdzony pomysł.

* Skomentuj ten wpis

Dalej »


Polecamy



Wyszukaj w blogu

RSS


styczeń 2012
P W Ś C P S N
« listopada    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031